naglowek

Twarze Żydów Wschodnioeuropejskich i ich świat (Muzeum Pojezierza Łęczyńsko-Włodawskiego, Włodawa)

Litografie Hermanna Strucka z kolekcji ››Żyd Niemalowany‹‹

Zaproszenie elektroniczne: http://online.fliphtml5.com/nxae/tubf/

Wystawa czynna od 12 sierpnia do 31 października 2014 roku
Muzeum Pojezierza Łęczyńsko-Włodawskiego | ul. Czerwonego Krzyża 7, 22-200 Włodawa
od wtorku do niedzieli w godz. 10.00 – 16.00 (do 14 X) | od wtorku do piątku w godz. 10.00 – 16.00 (po 14 X)
podczas Festiwalu Trzech Kultur (19-21 IX) od 10.00 do ostatniego gościa

naglowek

CV Hermanna Strucka było dobrze napisane. Może dlatego, że historia świata wpisała się w jego biografię. A może dlatego, że on – swoim życiem – pisał historię świata na nowo. Żydom – w tym czasie i miejscu – zdarzało się to.

Z powołania i zawodu Struck był malarzem, rysownikiem i grafikiem. Najpierw niemiecko-żydowskim, potem żydowsko-niemieckim, wreszcie już tylko żydowskim. W jednej dziedzinie nie był ani twórcą niemieckim, ani żydowskim, tylko światowym. W litografii mianowicie. Której był mistrzem, nauczycielem mistrzów, autorytetem, największym specjalistą. Wszystkie grafiki na babińcu włodawskiej synagogi są – z wyjątkiem jednej, wykonanej w technice vernis mou – właśnie litografiami.

Urodził się w 1876 w Międzyrzeczu (jego pradziadek i dziadek byli rabinami w Poznaniu). Rodzice Hermanna uznali swoje dość tradycyjne żydostwo – może na miejscu, może dopiero po przeprowadzce do Berlina – za cokolwiek kłopotliwy bagaż. Zabrali więc z niego w życiową drogę tylko co celniejsze – ich zdaniem – sztuki: w rezultacie Żydami byli tylko w domu i w synagodze, na ulicy zaś starali się być jedynie Niemcami.

Bo zadomowienie się na zachodzie Europy wymagało zazwyczaj od Żydów przejęcia od autochtonów wielu – w praktyce: ilu tylko się dało – wzorców cywilizacyjnych i kulturalnych. Władze często popierały ten proces. Więc w XIX wieku przed Żydem przybyłym do Niemiec stawał wybór: albo germanizacja albo degradacja.

Młodemu Struckowi asymilacyjny pomysł rodziców – a właściwie wszystkich Żydów niemieckich – na nowoczesność chyba się nie podobał, skoro syjonistą stał się już we wczesnej młodości (być może pod wpływem samego Herzla). Wziął nawet udział w V Kongresie Syjonistycznym w Bazylei (1901) i kilku następnych, trzy lata później wstąpił do partii Mizrachi, ale – jeśli nawet polityką żydowską się nie bawił, lecz zajmował serio – to przede wszystkim był artystą. Dla którego judaizm był jednak nieustannie ważnym przewodnikiem po życiu. I w twórczości.

Jakoby miał podjąć studia rabiniczne, ale ostatecznie trafił do Königlischen Akademischen Hochschule für die blidenden Künste w Berlinie. Później nauczał w Akademii Berlińskiej, jego uczniem był m.in. sam Marc Chagall. Opublikował podręcznik Die Kust des Radierens: Ein Handbuch von Hermannn Struck (Berlin 1908), który stał się kluczową publikacją Akademii. Odbył podróże artystyczne do Francji, Belgii, Włochy, Anglii i Holandii.

Głównie jednak – formalnie przynależny do tzw. Berlińskiej Secesji, ale faktycznie niezależny (judaizm stanowił dla niego główne źródło inspiracji) – tworzył. Malował, rysował i rytował. Dość nawet – już wtedy – był znany. Głównie jako portrecista. Modeli miewał nieprzypadkowych: Henryka Ibsena, Fryderyka Nietzsche, Sigmunda Freuda, Alberta Einsteina, Oscara Wilde’a, a nawet – jakżeby nie – twórcę syjonizmu politycznego, Theodora Herzla.

Kiedy wybuchła I wojna światowa – miał wtedy niespełna 40 lat – nie przypuszczał nawet, że przyjdzie mu ją spędzić na Kresach, pomiędzy Ostjuden. Tradycyjni, inaczej wyglądający (strój, brody), niewykształceni, biedni, hołdujący innym obyczajom Żydzi wschodni (Ostjuden) postrzegani byli przez Westjuden – czujących się Niemcami i bardzo pragnących być traktowani przez echt Niemców jako Niemcy – jako kompromitacja wspólnoty żydowskiej, a więc i zagrożenie dla własnej pozycji. Zarzucano im skłonność do oszustw bądź przestępstw. Nazywano ich w XIX wieku: Polak, Litwak, Galizianer, ale najczęściej po prostu Ostjuden.
W następnym stuleciu West- i Ostjuden nadal rozróżniano, co znajdowało wyraz nie tylko we wzajemnych relacjach, czy w języku, ale także – co nas tutaj interesuje – w przedstawieniu rysunkowym. Żydów ze wschodu Europy głównie karykaturowano i pewnie z takim wykrzywionym obrazem współbraci ze Wschodu wyruszył Struck na Kresy. Na pewno nie wiedział, póki się tam nie znalazł, że właśnie tu były – od wielu, wielu wieków – synagogi, szkoły, rytualne łaźnie i cmentarze oraz – naturalnie – żydowskie domy. Wtedy, kiedy nad Renem ich jeszcze nie było.

I dopiero na miejscu syjonista Struck pojąć miał, że archipelag małych miast (sztetl) i miasteczek (klejnsztetl), ciągnący się – mniej więcej – od Bałtyku po Morze Czarne, był najstarszą i najważniejszą formą tradycyjnego żydowskiego sposobu na życie (jidiszkajt) w drugim tysiącleciu.

Docenić miał też z czasem, że mieszkańcy każdego sztetl i wszystkich sztetłech razem wziętych mieli jak najbardziej własną, jak najbardziej ogólno-żydowską, jak najbardziej pozytywną koncepcję na byt doczesny i pozagrobowy: po prostu cierpliwie czekali na Mesjasza.

Zobaczył, że – by dotrwać Jego nadejścia w jakiej takiej formie – zajmowali się handlem, rzemiosłem, wyszynkiem; z miejscową ludnością – póki tej nadchodzący XX wiek nie namieszał w głowach – mieli nienajgorsze stosunki; w swoich licznych, wielopokoleniowych, patriarchalnych rodzinach wszyscy razem – rabini, uczeni, bogaci, biedni, nawet żebracy – pielęgnowali swój styl życia, swoje obyczaj, tradycyjne wartości, mozoląc się nad praktycznym stosowaniem nakazów i zakazów zapisanych w księgach religijnych (te ostatnie starali się studiować codziennie, inne zaś – brali do ręki tylko niektórzy).

Struck musiał się jednak się zorientować, że jednak czas się dla nich tak zupełnie nie zatrzymał, dziewiętnastowieczny postęp cywilizacyjny czy modernizacja jakoś ich przecież doganiały, ale – nader często, a właściwie prawie w ogóle – nie dotykały sfery wartości uznawanych za podstawowe. Może dlatego większość Żydów w sztełech, wbrew trudnościom z siebie i z otoczenia płynącym, kurczowo trzymała się swego trochę podidealizowanego skrawka mapy: najpierw Rosji czy Austrii – z koronacją każdego cara czy cesarza łącząc nadzieję na poprawę losu, potem swojego sztetł – w którym było na co dzień chyba trudno, ale w ogóle chyba dobrze. Ta większość – póki jej nie przymuszono – emigrować nie zamierzała.

Czekała – co już wiemy – cierpliwie na Mesjasza, każdym dniem życia zaświadczając, że Żydem jest się nie tylko skutkiem operacji, przeprowadzonej poniżej pasa w ósmym dniu po urodzeniu, ale także w wyniku znacznie bardziej skomplikowanych operacji zachodzących codziennie wiele wyżej. Nawet wybuch światowego konfliktu nie miał tego sposobu na życie i siebie samych zmienić.
Podczas wojny Struck służył w armii niemieckiej. Na przełomie 1914/1915 odbył kilka podróży po Polsce centralnej jako członek Żydowskiej Komisji Pomocy Polsce i Litwie. Śladem tych podróży jest tomik litografii Skizzen aus Polen (Berlin 1915). Niektóre z tych rycin może trochę za bardzo przypominają fotografie, które robić mieli – w tym samym miejscu – za ćwierć wieku inni Niemcy.

Swoje późniejsze żołnierskie obowiązki Struck wykonywał w oddziałach okupacyjnych, które stacjonowały na terenie wschodniej Polski, Białorusi i  Litwy. Tam – na rozkaz wojskowych przełożonych, współpracując najpierw z antropologiem Franzem von Luschan, potem pisarzem Herbertem Eulenbergiem – wykonał serię szkiców portretowych przedstawicieli rozmaitych narodów i narodowości. Jego oficjalnym zadaniem było bowiem przygotowanie dokumentacji rysunkowej charakterystycznych typów ludzkich, należących do – uwaga! – różnych ras.

Struck był pracowity. I twórczy. W tym czasie powstało co najmniej kilkaset jego rysunków i szkiców, których tematyką – temperament artystyczny wziął górę nad rozkazem – były: widoki miast i obiektów zabytkowych, wizerunki niemieckich żołnierzy, oraz oczywiście widoki małych miasteczek zamieszkiwanych – wtedy – przez Polaków, Litwinów, Białorusinów, Ukraińców, etc., ale głównie przez Żydów. Wschodnioeuropejskich.

Grubo po wojnie, w wywiadzie dla nowojorskiego „Hebrew Standard” Struck miał powiedzieć: „wszystko dotyczące plastycznego przedstawiania Żydów było tam pod moją kontrolą”. Dodać tu trzeba, że losy tego „antropologicznego” przedsięwzięcia wymknąć się jednak miały – niestety – spod jego kontroli. Tego jednak ani on, ani inni Żydzi przewidzieć nie mogli. Losów, czasem nawet zawrotnej kariery, swych wojennych rysunków też nie przewidział.

Bo najpierw – reprodukowane techniką autolitografii – opublikowano je w 1916 staraniem Ministerstwa Wojny jako „studia antropologiczne” (H. Struck und F. von Luschan, Kriegsgefangene, Berlin; H. Struck und H. Eulenberg, Skizzen aus Litauen, Weissrussland und Kurland, Berlin). Artysta – ciągle jako wojskowy ekspert ds. żydowskich – w następnych latach wykonał kolejną serię „ żydowskich twarzy”, którą też opublikowano, też w postaci autolitografii, z przedmową Arnolda Zweiga w albumie pt. Das Ostjudische Antlitz (Berlin 1920). Kilka oryginałów rysunkowych zakupił rząd pruski dla Muzeum miasta Berlina.

I właśnie z tych dzieł – pochodzących z czasów, gdy ilustracje książkowe bywały jeszcze oryginalnymi grafikami – pochodzą prace na wystawie. My patrzymy na nie jak na zapis życia żydowskiego w małych miasteczkach Europy Wschodniej, życia coraz uważniej
obserwowanego przez Żyda–żołnierza niemieckiego. Był to też zapis pierwszego osobistego kontaktu Strucka z  Ostjuden. Który, podobnie jak wielu innych zasymilowanych Żydów, kiedy przyszło im – wraz z armią Kaisera – okupować ziemie Królestwa Polskiego, nie tylko zobaczył po raz pierwszy, ale i odkrył świat Żydów wschodnioeuropejskich, zafascynował się nim, i nawet uwierzył (kto wie, czy nie miał racji?), że jeszcze tylko na Wschodzie można spotkać prawdziwych żydowskich Żydów. Co więcej, począł także sądzić, że tylko duch Ostjuden może przyczynić się do odnowy światowego żydostwa. Odnawiać i zmieniać go na jeszcze lepsze miał jednak już w Palestynie, gdzie – od 1923 roku do śmierci w roku 1945 – mieszkał i tworzył. Już jako Chaim Aharon ben Dawid.

To, co narysował na Wschodzie, chętnie – ale chyba niezbyt zgodnie z jego intencjami – wykorzystywano zaraz po pierwszej wojnie w propagandzie syjonistycznej jako tzw. wizerunki negatywne. Z czym nie można się zgodzić, ale można zrozumieć: syjonizm, jako ruch odnowy żydowskości, w celu promocji Palestyny jako jedynego właściwego miejsca dla Żydów, dokonywał negacji wszystkich elementów życia diasporowego. I – jak ktoś wyjątkowo żarliwy ideowo bardzo-bardzo już chciał – w niektórych litografiach Strucka mógł się dopatrzeć „obrazu fizycznego i psychicznego wyczerpania, ucieleśnienia dawnego świata diaspory, należącego już do przeszłości”.

Prace Strucka z lat pierwszej wojny są pierwszymi rysunkami Ostjuden, nie będących karykaturą. Niektórzy, ale oczywiście już nie syjoniści, patrząc na te prace, przebąkują coś – bardzo nieśmiało – o sentymentalizmie, gloryfikowaniu, popadaniu w…, etc. etc. Warto wiedzieć, że wszyscy autorzy w/w albumów: dramaturg, pisarz i grafik służyli w jednej jednostce wojskowej w Kownie. I pewnie tam, z Żydów niemieckich – nadzwyczajnym wysiłkiem woli – wszyscy stali się po trosze Żydami wschodnioeuropejskimi. Nie wszystkim to doświadczenie było dane. Dziś takiego już zdobyć nie można. Atlantyda wschodnioeuropejskich miasteczek poszła na dno. Bezpowrotnie. Ale nie wszystko jeszcze stracone: bowiem nikt i nic nie jest w stanie tak naprawdę zaszkodzić wschodnioeuropejskim litografiom Hermanna Strucka. Skoro zajmuje się nimi i organizuje ich wystawy

Zespół Żyda Niemalowanego


organizatorzy
Muzeum Pojezierza Łęczyńsko-Włodawskiego
Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce
Fundacja Żyd Niemalowany Muzeum Wieczny Tułacz

sponsorzy
Adam Jakimiak (Antykwariat KOSMOS, Warszawa)
Dr Wojciech Lizak (Antykwariat Wu-eL, Szczecin)
Witold Szymanik (WSC sp. z o.o.)

koncepcja opracowanie aranżacja
Paweł Szapiro
Magda Koralewska
Walerian Warchałowski

komisarz wystawy
Anita Lewczuk
(Muzeum Pojezierza Łęczyńsko-Włodawskiego)

patronat medialny
Słowo Żydowskie

oprawa graficzna
Magda Koralewska