Kanaan (Austriackie Forum Kultury, Warszawa)

ryciny biblijne z kolekcji »Żyd Niemalowany«

Wystawa czynna od 22 sierpnia do 10 września
Austriackie Forum Kultury, Warszawa, ul. Próżna 7/9
Godziny otwarcia podczas Festiwalu Kultury Żydowskiej »WARSZAWA SINGERA«
poniedziałek-piątek od 9.00 do 20.00 | sobota-niedziela od 11.00 do 20.00
(po zakończeniu festiwalu wystawa czynna w godzinach pracy AFK)

zaproszeniejpg

ZAPROSZENIE ELEKTRONICZNE
http://online.fliphtml5.com/nxae/apdk/


organizatorzy
Austriackie Forum Kultury
Fundacja Shalom
Fundacja Żyd Niemalowany. Muzeum Wieczny Tułacz

koncepcja opracowanie aranżacja
Paweł Szapiro
Magda Koralewska
Walerian Warchałowski

sponsorzy
Adam Jakimiak (Antykwariat KOSMOS w Warszawie)
Dr Wojciech Lizak (Antykwariat Wu-eL w Szczecinie)
Witold Szymanik (WSC sp. z o.o.)
Lech Woźniak (Antykwariat LOGOS w Warszawie)

oprawa graficzna
Magda Koralewska

Twarze Żydów Wschodnioeuropejskich i ich świat (Muzeum Pojezierza Łęczyńsko-Włodawskiego, Włodawa)

Litografie Hermanna Strucka z kolekcji ››Żyd Niemalowany‹‹

Zaproszenie elektroniczne: http://online.fliphtml5.com/nxae/tubf/

Wystawa czynna od 12 sierpnia do 31 października 2014 roku
Muzeum Pojezierza Łęczyńsko-Włodawskiego | ul. Czerwonego Krzyża 7, 22-200 Włodawa
od wtorku do niedzieli w godz. 10.00 – 16.00 (do 14 X) | od wtorku do piątku w godz. 10.00 – 16.00 (po 14 X)
podczas Festiwalu Trzech Kultur (19-21 IX) od 10.00 do ostatniego gościa

naglowek

CV Hermanna Strucka było dobrze napisane. Może dlatego, że historia świata wpisała się w jego biografię. A może dlatego, że on – swoim życiem – pisał historię świata na nowo. Żydom – w tym czasie i miejscu – zdarzało się to.

Z powołania i zawodu Struck był malarzem, rysownikiem i grafikiem. Najpierw niemiecko-żydowskim, potem żydowsko-niemieckim, wreszcie już tylko żydowskim. W jednej dziedzinie nie był ani twórcą niemieckim, ani żydowskim, tylko światowym. W litografii mianowicie. Której był mistrzem, nauczycielem mistrzów, autorytetem, największym specjalistą. Wszystkie grafiki na babińcu włodawskiej synagogi są – z wyjątkiem jednej, wykonanej w technice vernis mou – właśnie litografiami.

Urodził się w 1876 w Międzyrzeczu (jego pradziadek i dziadek byli rabinami w Poznaniu). Rodzice Hermanna uznali swoje dość tradycyjne żydostwo – może na miejscu, może dopiero po przeprowadzce do Berlina – za cokolwiek kłopotliwy bagaż. Zabrali więc z niego w życiową drogę tylko co celniejsze – ich zdaniem – sztuki: w rezultacie Żydami byli tylko w domu i w synagodze, na ulicy zaś starali się być jedynie Niemcami.

Bo zadomowienie się na zachodzie Europy wymagało zazwyczaj od Żydów przejęcia od autochtonów wielu – w praktyce: ilu tylko się dało – wzorców cywilizacyjnych i kulturalnych. Władze często popierały ten proces. Więc w XIX wieku przed Żydem przybyłym do Niemiec stawał wybór: albo germanizacja albo degradacja.

Młodemu Struckowi asymilacyjny pomysł rodziców – a właściwie wszystkich Żydów niemieckich – na nowoczesność chyba się nie podobał, skoro syjonistą stał się już we wczesnej młodości (być może pod wpływem samego Herzla). Wziął nawet udział w V Kongresie Syjonistycznym w Bazylei (1901) i kilku następnych, trzy lata później wstąpił do partii Mizrachi, ale – jeśli nawet polityką żydowską się nie bawił, lecz zajmował serio – to przede wszystkim był artystą. Dla którego judaizm był jednak nieustannie ważnym przewodnikiem po życiu. I w twórczości.

Jakoby miał podjąć studia rabiniczne, ale ostatecznie trafił do Königlischen Akademischen Hochschule für die blidenden Künste w Berlinie. Później nauczał w Akademii Berlińskiej, jego uczniem był m.in. sam Marc Chagall. Opublikował podręcznik Die Kust des Radierens: Ein Handbuch von Hermannn Struck (Berlin 1908), który stał się kluczową publikacją Akademii. Odbył podróże artystyczne do Francji, Belgii, Włochy, Anglii i Holandii.

Głównie jednak – formalnie przynależny do tzw. Berlińskiej Secesji, ale faktycznie niezależny (judaizm stanowił dla niego główne źródło inspiracji) – tworzył. Malował, rysował i rytował. Dość nawet – już wtedy – był znany. Głównie jako portrecista. Modeli miewał nieprzypadkowych: Henryka Ibsena, Fryderyka Nietzsche, Sigmunda Freuda, Alberta Einsteina, Oscara Wilde’a, a nawet – jakżeby nie – twórcę syjonizmu politycznego, Theodora Herzla.

Kiedy wybuchła I wojna światowa – miał wtedy niespełna 40 lat – nie przypuszczał nawet, że przyjdzie mu ją spędzić na Kresach, pomiędzy Ostjuden. Tradycyjni, inaczej wyglądający (strój, brody), niewykształceni, biedni, hołdujący innym obyczajom Żydzi wschodni (Ostjuden) postrzegani byli przez Westjuden – czujących się Niemcami i bardzo pragnących być traktowani przez echt Niemców jako Niemcy – jako kompromitacja wspólnoty żydowskiej, a więc i zagrożenie dla własnej pozycji. Zarzucano im skłonność do oszustw bądź przestępstw. Nazywano ich w XIX wieku: Polak, Litwak, Galizianer, ale najczęściej po prostu Ostjuden.
W następnym stuleciu West- i Ostjuden nadal rozróżniano, co znajdowało wyraz nie tylko we wzajemnych relacjach, czy w języku, ale także – co nas tutaj interesuje – w przedstawieniu rysunkowym. Żydów ze wschodu Europy głównie karykaturowano i pewnie z takim wykrzywionym obrazem współbraci ze Wschodu wyruszył Struck na Kresy. Na pewno nie wiedział, póki się tam nie znalazł, że właśnie tu były – od wielu, wielu wieków – synagogi, szkoły, rytualne łaźnie i cmentarze oraz – naturalnie – żydowskie domy. Wtedy, kiedy nad Renem ich jeszcze nie było.

I dopiero na miejscu syjonista Struck pojąć miał, że archipelag małych miast (sztetl) i miasteczek (klejnsztetl), ciągnący się – mniej więcej – od Bałtyku po Morze Czarne, był najstarszą i najważniejszą formą tradycyjnego żydowskiego sposobu na życie (jidiszkajt) w drugim tysiącleciu.

Docenić miał też z czasem, że mieszkańcy każdego sztetl i wszystkich sztetłech razem wziętych mieli jak najbardziej własną, jak najbardziej ogólno-żydowską, jak najbardziej pozytywną koncepcję na byt doczesny i pozagrobowy: po prostu cierpliwie czekali na Mesjasza.

Zobaczył, że – by dotrwać Jego nadejścia w jakiej takiej formie – zajmowali się handlem, rzemiosłem, wyszynkiem; z miejscową ludnością – póki tej nadchodzący XX wiek nie namieszał w głowach – mieli nienajgorsze stosunki; w swoich licznych, wielopokoleniowych, patriarchalnych rodzinach wszyscy razem – rabini, uczeni, bogaci, biedni, nawet żebracy – pielęgnowali swój styl życia, swoje obyczaj, tradycyjne wartości, mozoląc się nad praktycznym stosowaniem nakazów i zakazów zapisanych w księgach religijnych (te ostatnie starali się studiować codziennie, inne zaś – brali do ręki tylko niektórzy).

Struck musiał się jednak się zorientować, że jednak czas się dla nich tak zupełnie nie zatrzymał, dziewiętnastowieczny postęp cywilizacyjny czy modernizacja jakoś ich przecież doganiały, ale – nader często, a właściwie prawie w ogóle – nie dotykały sfery wartości uznawanych za podstawowe. Może dlatego większość Żydów w sztełech, wbrew trudnościom z siebie i z otoczenia płynącym, kurczowo trzymała się swego trochę podidealizowanego skrawka mapy: najpierw Rosji czy Austrii – z koronacją każdego cara czy cesarza łącząc nadzieję na poprawę losu, potem swojego sztetł – w którym było na co dzień chyba trudno, ale w ogóle chyba dobrze. Ta większość – póki jej nie przymuszono – emigrować nie zamierzała.

Czekała – co już wiemy – cierpliwie na Mesjasza, każdym dniem życia zaświadczając, że Żydem jest się nie tylko skutkiem operacji, przeprowadzonej poniżej pasa w ósmym dniu po urodzeniu, ale także w wyniku znacznie bardziej skomplikowanych operacji zachodzących codziennie wiele wyżej. Nawet wybuch światowego konfliktu nie miał tego sposobu na życie i siebie samych zmienić.
Podczas wojny Struck służył w armii niemieckiej. Na przełomie 1914/1915 odbył kilka podróży po Polsce centralnej jako członek Żydowskiej Komisji Pomocy Polsce i Litwie. Śladem tych podróży jest tomik litografii Skizzen aus Polen (Berlin 1915). Niektóre z tych rycin może trochę za bardzo przypominają fotografie, które robić mieli – w tym samym miejscu – za ćwierć wieku inni Niemcy.

Swoje późniejsze żołnierskie obowiązki Struck wykonywał w oddziałach okupacyjnych, które stacjonowały na terenie wschodniej Polski, Białorusi i  Litwy. Tam – na rozkaz wojskowych przełożonych, współpracując najpierw z antropologiem Franzem von Luschan, potem pisarzem Herbertem Eulenbergiem – wykonał serię szkiców portretowych przedstawicieli rozmaitych narodów i narodowości. Jego oficjalnym zadaniem było bowiem przygotowanie dokumentacji rysunkowej charakterystycznych typów ludzkich, należących do – uwaga! – różnych ras.

Struck był pracowity. I twórczy. W tym czasie powstało co najmniej kilkaset jego rysunków i szkiców, których tematyką – temperament artystyczny wziął górę nad rozkazem – były: widoki miast i obiektów zabytkowych, wizerunki niemieckich żołnierzy, oraz oczywiście widoki małych miasteczek zamieszkiwanych – wtedy – przez Polaków, Litwinów, Białorusinów, Ukraińców, etc., ale głównie przez Żydów. Wschodnioeuropejskich.

Grubo po wojnie, w wywiadzie dla nowojorskiego „Hebrew Standard” Struck miał powiedzieć: „wszystko dotyczące plastycznego przedstawiania Żydów było tam pod moją kontrolą”. Dodać tu trzeba, że losy tego „antropologicznego” przedsięwzięcia wymknąć się jednak miały – niestety – spod jego kontroli. Tego jednak ani on, ani inni Żydzi przewidzieć nie mogli. Losów, czasem nawet zawrotnej kariery, swych wojennych rysunków też nie przewidział.

Bo najpierw – reprodukowane techniką autolitografii – opublikowano je w 1916 staraniem Ministerstwa Wojny jako „studia antropologiczne” (H. Struck und F. von Luschan, Kriegsgefangene, Berlin; H. Struck und H. Eulenberg, Skizzen aus Litauen, Weissrussland und Kurland, Berlin). Artysta – ciągle jako wojskowy ekspert ds. żydowskich – w następnych latach wykonał kolejną serię „ żydowskich twarzy”, którą też opublikowano, też w postaci autolitografii, z przedmową Arnolda Zweiga w albumie pt. Das Ostjudische Antlitz (Berlin 1920). Kilka oryginałów rysunkowych zakupił rząd pruski dla Muzeum miasta Berlina.

I właśnie z tych dzieł – pochodzących z czasów, gdy ilustracje książkowe bywały jeszcze oryginalnymi grafikami – pochodzą prace na wystawie. My patrzymy na nie jak na zapis życia żydowskiego w małych miasteczkach Europy Wschodniej, życia coraz uważniej
obserwowanego przez Żyda–żołnierza niemieckiego. Był to też zapis pierwszego osobistego kontaktu Strucka z  Ostjuden. Który, podobnie jak wielu innych zasymilowanych Żydów, kiedy przyszło im – wraz z armią Kaisera – okupować ziemie Królestwa Polskiego, nie tylko zobaczył po raz pierwszy, ale i odkrył świat Żydów wschodnioeuropejskich, zafascynował się nim, i nawet uwierzył (kto wie, czy nie miał racji?), że jeszcze tylko na Wschodzie można spotkać prawdziwych żydowskich Żydów. Co więcej, począł także sądzić, że tylko duch Ostjuden może przyczynić się do odnowy światowego żydostwa. Odnawiać i zmieniać go na jeszcze lepsze miał jednak już w Palestynie, gdzie – od 1923 roku do śmierci w roku 1945 – mieszkał i tworzył. Już jako Chaim Aharon ben Dawid.

To, co narysował na Wschodzie, chętnie – ale chyba niezbyt zgodnie z jego intencjami – wykorzystywano zaraz po pierwszej wojnie w propagandzie syjonistycznej jako tzw. wizerunki negatywne. Z czym nie można się zgodzić, ale można zrozumieć: syjonizm, jako ruch odnowy żydowskości, w celu promocji Palestyny jako jedynego właściwego miejsca dla Żydów, dokonywał negacji wszystkich elementów życia diasporowego. I – jak ktoś wyjątkowo żarliwy ideowo bardzo-bardzo już chciał – w niektórych litografiach Strucka mógł się dopatrzeć „obrazu fizycznego i psychicznego wyczerpania, ucieleśnienia dawnego świata diaspory, należącego już do przeszłości”.

Prace Strucka z lat pierwszej wojny są pierwszymi rysunkami Ostjuden, nie będących karykaturą. Niektórzy, ale oczywiście już nie syjoniści, patrząc na te prace, przebąkują coś – bardzo nieśmiało – o sentymentalizmie, gloryfikowaniu, popadaniu w…, etc. etc. Warto wiedzieć, że wszyscy autorzy w/w albumów: dramaturg, pisarz i grafik służyli w jednej jednostce wojskowej w Kownie. I pewnie tam, z Żydów niemieckich – nadzwyczajnym wysiłkiem woli – wszyscy stali się po trosze Żydami wschodnioeuropejskimi. Nie wszystkim to doświadczenie było dane. Dziś takiego już zdobyć nie można. Atlantyda wschodnioeuropejskich miasteczek poszła na dno. Bezpowrotnie. Ale nie wszystko jeszcze stracone: bowiem nikt i nic nie jest w stanie tak naprawdę zaszkodzić wschodnioeuropejskim litografiom Hermanna Strucka. Skoro zajmuje się nimi i organizuje ich wystawy

Zespół Żyda Niemalowanego


organizatorzy
Muzeum Pojezierza Łęczyńsko-Włodawskiego
Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce
Fundacja Żyd Niemalowany Muzeum Wieczny Tułacz

sponsorzy
Adam Jakimiak (Antykwariat KOSMOS, Warszawa)
Dr Wojciech Lizak (Antykwariat Wu-eL, Szczecin)
Witold Szymanik (WSC sp. z o.o.)

koncepcja opracowanie aranżacja
Paweł Szapiro
Magda Koralewska
Walerian Warchałowski

komisarz wystawy
Anita Lewczuk
(Muzeum Pojezierza Łęczyńsko-Włodawskiego)

patronat medialny
Słowo Żydowskie

oprawa graficzna
Magda Koralewska

Rzeczywiste i Imaginacyjne (Państwowe Muzeum Etnograficzne w Warszawie)

portrety Żyda Niemalowanego

17 maja – 15 września 2014 w godzinach pracy muzeum
Państwowe Muzeum Etnograficzne | ul. Kredytowa 1, Warszawa

Na wystawie podobizny kilkudziesięciu Żydów. Niemalowanych. Portrety rzeczywiste – kiedy autorzy prac znali portretowaną osobę, imaginacyjne – kiedy taka sposobność nie została im dana. Dlaczego twarze akurat tych Żydów, a nie innych? Cóż, aby skupić na sobie zainteresowanie XIX-wiecznego ilustrowanego czasopisma dobrze było robić coś więcej albo lepiej. Więc, nawet jeśli ktoś był wtedy: żydowskim aktorem, biznesmenem, filantropem, księgarzem (wydawcą), lekarzem, malarzem, muzykiem, pisarzem, rabinem, szachistą, uczonym, wynalazcą, opłacało mu się być także wybitnym. I jeszcze: zwolennikiem asymilacji, emancypacji i reformy judaizmu; pragnąć zbliżenia polsko-żydowskiego; nie pozostawać obojętnym wobec powstań narodowych i dawać temu wyraz słowem i czynem… Wówczas pojawiała się szansa trafienia na łamy „Tygodnika Ilustrowanego”, „Kłosów” (zdarzało się, że i zagranicznego pisma), a z czasem nawet na wystawę w Państwowym Muzeum Etnograficznym.


organizatorzy

Państwowe Muzeum Etnograficzne w Warszawie
Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce
Fundacja Żyd Niemalowany Muzeum Wieczny Tułacz

sponsorzy

Adam Jakimiak (Antykwariat KOSMOS)
Witold Szymanik (WSC sp. z o.o.)
Lech Woźniak (Antykwariat LOGOS)

koncepcja opracowanie aranżacja

Paweł Szapiro
Aleksander Czyżewski
Magda Koralewska
Edyta Kurek
Walerian Warchałowski

oprawa wizualna

Magda Koralewska
Piotr Zachara

patronat medialny

Słowo Żydowskie


W ramach wystawy realizowany będzie projekt edukacyjny »POLACY, ŻYDZI–POLACY, ŻYDZI« finansowany przez Biuro Edukacji Urzędu m. st. Warszawy

Żyd Niemalowany w Warszawie (Muzeum Etnograficzne, Wrocław)

Stołeczni Żydzi i ich miasto na XIX-wiecznych drzeworytach sztorcowych

Wystawa czynna od 7 czerwca do 7 września 2014 w godzinach pracy Muzeum
Muzeum Etnograficzne we Wrocłąwiu | ul. Romualda Traugutta 111/113

ZOBACZ BROSZURĘ/ZAPROSZENIE ELEKTRONICZNE >> tutaj

Zaproszenie_rozkladowka

Nasze wystawy – warszawska we Wrocławiu powoli zamyka już szóstą ich dziesiątkę – to obrazki ze scenami z życia Narodu Wybranego. W Polsce. Pokazujemy ryciny z portretami wybitnych Żydów. Innym razem wizerunki Żydów anonimowych. Albo – jeszcze gdzie indziej – ryciny z przedstawieniami ulic, placów i budynków. Z rozmaitych miast, miasteczek i wsi. Z całego kraju.

Nasze obrazki natomiast to grafiki autorstwa najwybitniejszych – nawet dość często – artystów epoki. Malarzy, rysowników i rytowników. Utrwalone na papierze za pomocą, bardzo popularnej w drugiej połowie pozaprzeszłego wieku, techniki tzw. drzeworytu sztorcowego. Publikowane wówczas głównie – jako ilustracje – w prasie tygodniowej. By, między innymi – jak wyznał jeden z XIX-wiecznych wydawców – wydzierać zapomnieniu wszystko, co ma tylko związek z przeszłością, wszystko, czym tętni życie narodowe. Które widocznie – wystarczy rozejrzeć się po wystawie – tętniło też Żydami. Trochę również tętniło – czego na ścianach, przyznajemy, akurat wcale nie widać, ale o czym trzeba pamiętać – tzw. kwestią żydowską.

Uwaga: Tylko w czasie, który nazwaliśmy wyżej „wówczas”, ilustracja w czasopiśmie była oryginalną grafiką. Potem – już nigdy. A przedtem prawdziwych gazet ilustrowanych nie było.

Ale kiedy już były, tam właśnie, na łamach „Kłosów” czy „Tygodnika Ilustrowanego” (i wielu innych pism) pojawiał się co tydzień – i przechował do dziś – świat Żydów polskich. W stanie nienaruszonym. Z całą swoją różnorodnością. Zamieszkiwany – często w osobnych dzielnicach – przez część społeczności Królestwa Polskiego. Tę część wyznanie mającą inne, inną kulturę, inne obyczaje i zajęcia, zgoła też inaczej się ubierającą. I w innym mówiącą języku. A w jeszcze innym języku – zupełnie już niezrozumiałym – się modlącą. I na dodatek – jakby wymienionego było mało – piszącą inaczej: od prawej strony do lewej. Innym – jakżeby inaczej – alfabetem. Ale działo się to w tym dziwnym czasie, kiedy „inny” niekoniecznie – i nie dla wszystkich – musiało oznaczać „obcy”. Albo inaczej: kiedy Żyd był co prawda inny, ale jakby nie obcy.

Co jakby nie powinno za bardzo dziwić. Bo, po pierwsze, u schyłku istnienia Rzeczypospolitej Obojga Narodów (XVIII wiek) tylko najwyżej jedna piąta światowego żydostwa żyła – musiały być po temu powody – poza jej granicami. Bo, po wtóre, w drugiej połowie XIX wieku Żydzi, mimo znacznej już wtedy emigracji, stanowili trzeci co do liczebności naród w Europie Środkowej.
Wtedy więcej było w regionie tylko Polaków i Ukraińców, mniej – o jedną trzecią – łącznie Czechów i Słowaków, trzykrotnie mniej – wszystkich Serbów. Więc można, a chyba nawet trzeba było się do Żydów w Polsce przyzwyczaić. Co nie znaczy polubić. Ale niektórzy lubili. Mieli nawet pozytywny polski pomysł na polskich Żydów – trudny jednak do narysowania. Nawet kiedy temat jest tak wdzięczny jak żydowska Warszawa. Której historia nie jest bynajmniej uboga ani – jak twierdzą niektórzy historycy
– krótka. Zaczęła się tylko – tak my utrzymujemy – po prostu nieco później niż historia Żydów w innych polskich miastach. I – jakoś tam – trwa nadal. A wyglądała wtedy – przynajmniej w liczbach – mniej więcej tak:

Oto kiedy, pod koniec wieku XVIII, osiedliła się w pruskiej chwilowo Warszawie – na przykład – austriacka rodzina, z której pochodził niejaki Epstein, stutysięczne miasto liczyło tylko 3,5 tysiąca Żydów. Małe parę procent. A kiedy urodził się – na przykład – niejaki Hirschfeld (to był rok 1814), warszawiaków było co prawda mniej: 80 tysięcy, ale wśród nich Naród Wybrany miał już 15 tysięcy przedstawicieli. Co czyni procentów prawie dwadzieścia. W dniu dziesiątych urodzin – na przykład – niejakiego Toeplitza (obchodził je w roku 1832), na ponad 123 tysiące warszawiaków było prawie 31 tysięcy Żydów. Ćwiartka. Tzn. oczywiście jedna czwarta, dwadzieścia pięć procent. Gdyby zaś na swoje pięćdziesięciolecie wzmiankowany już Hirschfeld zaprosił całą Warszawę i zaproszenie zostałoby przyjęte, mógłby mieć w 1864 roku 224 tysiące gości. W tym 72 tysiące Żydów. Których byłoby ponad 30 procent. (A reszta? Reszta, poza nielicznymi wyjątkami, pewnie by nie przyszła).

Kto nie ma serca do cyfr, tego informujemy, co z przytoczonych liczb wynika: miasto fantastycznie rosło razem ze swoimi Żydami. Ale Żydzi – co za dziwna nacja! – jakoś prędzej. Czego akurat tłumaczyć nie mamy zamiaru. Możemy tylko powiedzieć, że Żydzi odnosili największe korzyści z zasadniczego zjawiska doby nowożytnej, które objawiło się najpierw w Europie, mianowicie rewolucji demograficznej. Cóż, widocznie mieli do tego głowę.

Nie będziemy też rozstrzygać, czy to Warszawa stawała coraz większym i wspanialszym miastem dzięki Żydom, czy to może Żydzi swój rozwój zawdzięczali Warszawie. Ale jedno jest poza dyskusją: Warszawa stała się w pewnym momencie największym skupiskiem Żydów na ziemiach polskich i zarazem największą żydowską gminą wyznaniową na świecie.

Ludność żydowska zamieszkiwała – nolens volens – obszar całej Warszawy. Najgęściej skupiona była jednak w północno-wschodniej dzielnicy miasta, potem na leżącej na prawym brzegu Wisły – Pradze. Żydzi stanowili większość na Muranowie, przy MiłejDzielnej, później zajmowali obszar wokół NalewekGęsiej, Franciszkańskiej i Świętojerskiej, jeszcze później – obszar sąsiadujący ze Starym i Nowym Miastem, zasiedlali teren aż po PańskąŚliską. Oś żydowskiej dzielnicy stanowiła ulica Nalewki, biegnąca od ulicy Tłomackie w kierunku północnym. Prawie wszystkie znajdujące się tutaj sklepy były własnością żydowską, większość firm nie miała nawet polskich szyldów.

Drugie centrum dzielnicy żydowskiej stanowiła Gnojna, Grzybowska i plac Grzybowski (dawny Grzybów). Mieścił się tu zarząd gminy, domy modlitwy, żydowskie szkoły, instytucje charytatywne, warsztaty i sklepy. Handlowy charakter miały też obrzeża dzielnicy: Świętokrzyska, plac Krasińskich czy Senatorska.

Wielu Żydów mieszkało poza dzielnicą północno-zachodnią; najbiedniejsi na Powiślu i Solcu, najbogatsi przy Marszałkowskiej, KrólewskiejNowym Świecie. Tych można było spotkać na przykład na giełdzie. Reprezentantów wszystkich wymienionych – na naszych 48 obrazkach. Pięć z nich to drzeworytnicze wersje obrazów Juliusza Kossaka i Alfreda Wierusza- Kowalskiego. Po dziesięcioma własnymi rysunkami podpisał się Edmund Perle; pod pięcioma – Michał Elwiro Andriolli; pod czterema – Juliusz Kossak, Franciszek Kostrzewski, Henryk i Ksawery Pilatti; pod trzema – Franciszek Tegazzo; pod dwoma – Henryk Filipowicz, Czesław Borys Jankowski, Alfred Wierusz-Kowalski, Adolf Kozarski; pod jednym – Władysław Dmochowski, Julian Fałat, Wojciech Gerson, Aleksander Gryglewski, Józef Ryszkiewicz i Feliks Sypniewski. (Kilka prac jest niepodpisanych). Wielu autorów tych dzieł – na co zwracamy uwagę – nosi nazwiska bynajmniej nie z polska brzmiące, choć wszyscy czuli się i byli Polakami. Niekoniecznie dokładnie to samo można powiedzieć o ich dziadach, czasami nawet o ojcach. Francuzach, Niemcach, Włochach czy Żydach. Tą samą dziwną przypadłością dotknięci byli w tych czasach – i nieco później – nie tylko ludzie sztuk plastycznych. Ale, na przykład, w ogóle ludzie kultury. Że wspomnimy tu tylko – spośród jako tako znanych – Brücknera, Estreichera, Kolberga, Lindego i Orgelbranda.

I jeszcze jedno: Wspomniane wyżej nazwiska Epstein, Hirschfeld, Toeplitz znalazły się w tym tekście przypadkowo i nieprzypadkowo zarazem. Zupełnie przypadkowo przeczytaliśmy gdzieś: Był zimny luty 1891 roku. We Wrocławiu zmarł właśnie bogaty przedsiębiorca z Warszawy. Mijały lata, nastały wojny i rodzina zapomniała o samotnym grobie na Starym Cmentarzu
Żydowskim przy ulicy Ślężnej. Kierowani natomiast już konkretnym zamiarem, szukaliśmy śladów Żydów warszawskich nad Odrą. Znaleźliśmy niewiele. Właściwie tylko to, że we Wrocławiu studiował prawo warszawiak Jan Epstein, usiłował kształcić się na lekarza warszawiak Ludwik Hirschfeld, zmarł nagle – o nim to właśnie była wyżej mowa – warszawiak Henryk Toeplitz. Cała ta trójka to wybitne postacie stołecznego życia drugiej połowy pozaprzeszłego stulecia. I – zarazem – bohaterowie innej naszej wystawy (Rzeczywiste i Imaginacyjne – portrety Żyda Niemalowanego).

Paweł Szapiro w imieniu zespołu Żyda Niemalowanego


organizatorzy
Muzeum Etnograficzne
Oddział Muzeum Narodowego we Wrocławiu
Fundacja Żyd Niemalowany
Muzeum Wieczny Tułacz

sponsorzy
American Jewish Joint Distribution Committee

koncepcja opracowanie merytoryczne aranżacja
Paweł Szapiro
Magda Koralewska
Edyta Kurek
Paulina Suchecka
Walerian Warchałowski

opracowanie graficzne
Magda Koralewska

 

 

Muzeum Wieczny Tułacz